Genialny pomysł, który zabiłem z zimną krwią

G

Maj 2006. Właśnie wysłałem do 100 osób e-mail o tym, że uruchomiłem mój nowy serwis internetowy. Chwilę później musiałem wyjść z domu, żeby załatwić coś na mieście.  Mam jednak ze sobą Iphone’a i co chwilę sprawdzam, czy ktoś z mojej mikro listy e-mailingowej zarejestrował się w serwisie. Jeżeli kiedykolwiek uruchamiałeś jakiś startup, to dobrze wiesz, z jakimi emocjami wiąże się ten pierwszy dzień. Miesiące przygotowań, kombinowania, pracy, dłubania w kodzie, grafice, poprawki, regulaminy, formularze, testy, poprawki, testy. Wreszcie jest. Wersja, którą od bidy możesz pokazać światu. 

Znów zerkam na ekran smartfona. Coś się zaczyna dziać. Pierwsza rejestracja, potem druga. Za chwilę kolejna. Jestem podekscytowany. Wygląda to dobrze. Tym bardziej, że użytkownicy muszą podczas rejestracji podać bardzo dużo danych osobowych oraz wypełnić długą ankietę. Innymi słowy: muszą bardzo chcieć się zarejestrować. Muszę na chwilę przestać wlepiać wzrok w Iphone. Mam spotkanie. Na chwilę zapominam o mojej małej viralowej maszynce marketingowej, którą właśnie stworzyłem.

Pomysł powstał przypadkiem. Przez kilka lat zajmowałem się sprzedażą (jak ja to nazywałem) kreatywnych gadżetów reklamowych. Już wtedy byłem lekko pop****ny na punkcie kreatywności. Wszystko, co robiłem musiało być kreatywne. Jeśli więc miałem ściągać z Chin gadżety reklamowe, to powinny być inne od wszystkich na rynku. I tak było. W krótkim czasie moja firma zaczęła zbierać z rynku spore zamówienia. Sprawa była prosta. Klientom znudziły się długopisy, smycze i podkładki pod myszy. Chcieli czegoś nowego. I ja im to dałem. Jeżeli długopis, to śpiewający. Jeżeli podkładka pod mysz, to z podgrzewaczem do kawy. Teraz może nie brzmi to aż tak bardzo innowacyjnie, ale uwierz mi – wtedy to były gadżety, które przemawiały do wyobraźni. Miałem je zaprezentowane na stronie i obfotografowane ultranowoczesną maszyną do zdjęć 3D – również jedną z pierwszych na polskim rynku. A co! Jak innowacyjność, to na każdym froncie (swoją drogą wydałem na nią kupę kasy i nigdy mi się nie zwróciła). 

Biznes gadżetowy rozwijał się całkiem nieźle. Poznałem Roniego (bardzo kreatywnego Izraelczyka), który dał mi wyłączność na sprzedaż jednego ze swoich marketingowych wynalazków – Hipercards. Były to karty reklamowe, które można było włożyć do wózka zamiast monety dwuzłotowej. Genialny gadżet, który w Polsce sprzedałem w kilku milionach egzemplarzy (hurtowo, do takich firm jak Nestle czy Procter&Gamble). Jak widzisz biznes szedł mi bardzo dobrze. Jego głównymi motorami napędowymi były kreatywność i innowacyjność oraz wysoka pozycja w Google, o którą w tamtych czasach było jeszcze dość łatwo (jeżeli ktoś umiał się zakręcić).

Odjechałem nieco od tematu, ale podążasz za mną, tak? Pomysł. Pomysł zrodził się przypadkiem. Nie wiem, ile masz lat, ale gdy ja byłem nastolatkiem wśród moich rówieśników była moda na wysyłanie listów do różnych, dużych, zagranicznych firm, z prośbą o przesłanie darmowych gadżetów. I jak ktoś miał szczęście, to rzeczywiście, po kilku miesiącach listonosz przynosił list z jakimiś katalogami lub naklejkami. Okazało się, że ta moda, w lekko zmutowanej formie, przeniosła się do XXI wieku. Tyle tylko, że zamiast tradycyjnych listów, dzieciaki zasypują firmy e-mailowym spamem. Tak się złożyło, że moja firma znalazła się również na ich celowniku. Każdego dnia, oprócz zwykłych zapytań ofertowych dostawałem również kilka e-maili o treści: “Czy wysyłają Państwo darmowe gadżety reklamowe”. Na początku odpisywałem. (Że nie, oczywiście). Potem już tylko kasowałem te e-maile. Któregoś dnia, na skutek niewyjaśnionych bliżej związków przyczynowo-skutkowych przyszedł mi do głowy całkowicie irracjonalny pomysł. A co jeżeli by wysyłać tym dzieciakom te gadżety?

ZAPAMIĘTAJ TEN ZWROT: A CO JEŻELI
TO JEST JEDNO Z NAJWAŻNIEJSZYCH PYTAŃ, KTÓRE ROZBUDZAJĄ UŚPIONĄ KREATYWNOŚĆ. 

Pomysł był prosty. Stworzyć hub dystrybucyjny dla dużych marek, który wysłałby w ich imieniu promocyjne gadżety rzeszom młodych ludzi (ich przyszłych klientów). Od tego się zaczęło. 

Z tyłu głowy pojawiła się też pragmatyczna myśl, że to moja firma mogłaby być dostarczycielem tych gadżetów. Czemu nie? Gadżety i ich dystrybucja za pieniądze sponsorów. Miało to ręce i nogi. Ale to był dopiero początek tej szalonej idei. Wkrótce zaczęły pojawiać się jej nowe warstwy: losowania, wewnętrzna waluta, system jej zarabiania, system ankiet. Powstał bardzo sprytny plan, który rzeczywiście miał szansę powodzenia. Gdy to wszystko opisałem w specyfikacji projektu i pokazałem ją Przemkowi (zaprzyjaźnionemu programiście), spojrzał na mnie dziwnie i długo milczał. Potem powiedział. Okej wchodzę w to.

Kilka miesięcy później powstał serwis, który wyglądał mniej więcej tak:

Wyszedłem ze spotkania. Znów zerknąłem na telefon. 500 rejestracji. O kurczę. 3 godziny od uruchomienia serwisu i mam pół tysiąca użytkowników. Serwis działa poprawnie. Nic się nie wiesza. Nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałem się takiego zainteresowania. Okazało się, że mój pomysł się sprawdził. Stworzyłem wirusowego potwora! W tydzień zarejestrowało się 10 tysięcy ludzi. W 2 miesiące ponad 45 tysięcy. Tutaj mam screenshot z archiwalnych dziennych statystyk:

Ludzie zabijali się o bonglosy. Musiałem na siłę wymyślać ankiety, żeby tylko dać im jakieś zadania do wykonania. Znałem ich hobby, adresy, nawet numery obuwia. To było trochę przerażające. Muszę przyznać, że sukces tego projektu mnie lekko przerósł. Coś, co miało być hobbystyczną przystawką do mojego wiodącego biznesu, nagle stało się głównym projektem, którym się zajmowałem. Mój ówczesny pracownik zamiast obsługiwać klientów wysyłał listy z gadżetami. Dziesiątki, setki listów. Istne szaleństwo. Nie miałem wtedy jeszcze sponsorów. Gadżetami były sample gadżetów, które zalegały mi w magazynie.

W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że mój serwis stoi na krawędzi stania się bardzo popularnym i zauważalnym. I uświadomiłem sobie jeszcze jedną rzecz. Że jego mechanika może “leciutko” zahaczać o Ustawę o grach losowych. Trzeba go było albo zalegalizować (opodatkować), albo poszukać bezpiecznego azylu poza Polską.

Napisałem do Ministerstwa Finansów z prośbą o opinię. Dostałem dwuznaczną odpowiedź. Bez porządnego prawnika nie było szans ruszyć dalej z tym projektem. Odłączyłem wtyczkę. Zdecydowałem, że mając proof of concept, czas znaleźć inwestora, prawników i zająć się tym na poważnie. Już wtedy jednak z tyłu głowy –  a tak naprawdę bardziej na lewo od splotu słonecznego – czułem, że coś jest nie tak.

Całkiem przypadkiem, mając naprawdę (w miarę) dobre intencje, stworzyłem wirtualne kasyno dla młodzieży.  Co prawda nie musieli w nim wydawać ani grosza, ale w zamian oferowali swoje dane, swój czas i swoją podatność na reklamy. Nie był to biznes moich marzeń. Nie było to coś, w co chciałem wkładać całą swoją kreatywną energię przez najbliższe lata. W tym projekcie napędzały mnie dwie rzeczy: perspektywa dużego zarobku oraz przyjemność z bawienia się świetnie działającą zabawką marketingową. Tyle, że tą zabawką była broń masowego rażenia. Włożyłem jednak w ten projekt kilka miesięcy mojego życia i sporo kasy. To nie był czas na tego typu rozkminki.

Tym bardziej, że znaleźli się wstępnie zainteresowani inwestorzy. Najpierw Rafał Agnieszczak z Fotka.pl (coś nie zagrało), potem jakiś gostek z Doliny Krzemowej (coś nie zagrało), potem ówczesny CEO Gadu-Gadu (coś nie zagrało). Za każdym razem było blisko, za każdym razem wyglądało na to, że mam poważnego inwestora i możemy ruszać z tematem. Dupa.

Po tych kilku czarnych polewkach od inwestorów, na jakiś czas odpuściłem ten projekt. Wiedziałem, że jest genialny. Wiedziałem, że jeżeli dobrze się go wdroży, to można nim zwojować nie tylko Polskę, ale cały świat. Teoretycznie mógłbym go zrobić samodzielnie, ale po prostu nie miałem w sobie imperatywu.

Minęło kilka lat. Znów się znalazł kolejny inwestor z zagranicy. Prezentacje, spotkania, ustalenia i znów coś się wykrzaczyło na ostatniej prostej. Nie mogłem zrozumieć, co jest nie tak. Minęły kolejne lata.

Dopiero kilka lat temu, gdy po raz kolejny przeżywałem ten inwestorski Dzień Świstaka, zrozumiałem, że problemem jestem ja. Że nie ma we mnie wewnętrznej zgody na to, żebym zajmował się tym projektem. Żebym nawet przyczynił się do jego powstania. Owszem, to był genialny projekt. Marketingowo doskonały. Jestem w 100% przekonany, że ktoś sprawny biznesowo i bez większych moralnych skrupułów, mógłby zarobić na nim miliony. Nawet dzisiaj. Uświadomiłem sobie, że tak naprawdę to ja sabotowałem wszystkie te inwestorskie spotkania. Nie było we mnie entuzjazmu, nie było we mnie tej iskry, którą inwestor powinien widzieć w oczach autora projektu. Chęć zysku i fascynacja mechaniką projektu nie wystarczyły. Brakowało połączenia między sercem a umysłem.

W pewnym momencie poczułem, że trzeba zabić ten projekt. W zeszłym roku dokonałem symbolicznego skasowania plików źródłowych. Od tego czasu już nie powracają do mnie myśli, żeby jeszcze raz spróbować.

Jaki jest morał z tej opowieści? Jeżeli coś robisz – nawet jeżeli to jest pasjonujące, intratne – ale jeżeli głęboko w sercu czujesz, że nie jest to zgodne z tym co Cię zasila i co daje Ci prawdziwą satysfakcję: odpuść sobie. Znajdź inny projekt. Otwórz się, czekaj. Na pewno się pojawi.

Żyje się tylko raz, więc nie ma sensu robić rzeczy, których wewnętrznie nie chcesz robić. Na dłuższą metę to się nie sprawdzi.

P.S

Ze zrozumiałych powodów, nie chcę tutaj opisywać dokładnej mechaniki tego projektu. RIP.

Zapisz się na mój newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać informacje o nowych wpisach oraz być ze mną w lepszym kontakcie

O autorze

Jarek Kaniewski

Dodaj komentarz

Jarek Kaniewski

Get in touch

Quickly communicate covalent niche markets for maintainable sources. Collaboratively harness resource sucking experiences whereas cost effective meta-services.