Jak syn nauczył mnie pokory

Duża firma (TOP 3 w branży związanej z chmielem) poprosiła kiedyś moją agencję namingową o wymyślenie nazwy nowej marki.

Briefing, oferta cenowa, ustalanie terminów, zaczynamy! Na stworzenie zestawu nazw mieliśmy 2 tygodnie.

Stawką była spora suma pieniędzy, tak więc i motywacja fruwała na wysokim poziomie.

W procesie twórczym korzystaliśmy z różnych narzędzi i technik przeznaczonych typowo do namingu: słowniki on-line, bazy danych, generatory itp. Dwa tygodnie wytężonej, zespołowej pracy: kombinowania, szukania skojarzeń, żonglowania morfemami. Mózgi nam dosłownie parowały. To był dla nas ważny projekt.

Po 2 tygodniach powstała lista 15 solidnych propozycji.

W tym czasie kilka razy rozmawiałem z żoną w domu o tym projekcie. Przysłuchiwał się temu mój pięcioletni wówczas syn – Franek.

– Tato, o czym tak rozmawiacie?
– O nowej nazwie, którą staram się stworzyć.
– A co to ma być za nazwa?

Opowiedziałem mu pokrótce o założeniach. Powiedziałem, że jak chce, to też może spróbować pogłówkować, i że jak jego nazwę wybiorą, to dostanie w nagrodę tor wyścigowy.

Zgodził się ochoczo. Poszedł do pokoju i zaczął bawić się klockami lego.

Po jakimś czasie wraca i pyta się:

– A może być… (i tu pada nazwa)?

Kręcę nosem, powstrzymuję się z odpowiedzią, bo nie chcę mu sprawić przykrości. Żona nagle wtrąca, że nazwa wcale nie jest gorsza od tych 15, które my stworzyliśmy, i że nic się złego nie stanie, jak dodam do naszej listy jeszcze jedną.

W sumie czemu nie. Co mi szkodziło?

Nazwy trafiły do klienta, a że to był duży projekt, to wkrótce rozpoczęły się “focusy” (badania konsumenckie).

I co się okazało?

Po kilku tygodniach dzwoni do mnie klientka i oznajmia, że nazwa… (tu pada nazwa wymyślona przez Franka) zdystansowała wszystkie inne nazwy w badaniach fokusowych!

Dobrze, że ta pani nie widziała mojej miny.

Oczywiście nie pochwaliłem się jej, jakiego to zdolnego mam syna. Myślę, że nie chcieliby płacić takich sum za nazwę, którą wymyślił 5-latek, bawiąc się klockami lego.

Powiedziałem Frankowi, że jego nazwa została uznana za najlepszą. Nawet się bardzo nie zdziwił.

Historia nie miała niestety szczęśliwego końca, bo projekt ostatecznie został zawieszony. Kto wie, może jeszcze kiedyś temat wróci.

Franek i tak był zadowolony. Dostał swój obiecany tor wyścigowy.

Ta historia dała mi prztyczka w nos. Przypomniała, żeby marketingu nie traktować tak śmiertelnie poważnie. Żeby opinii ekspertów nie brać za prawdę objawioną… i żeby samemu nie stać się zadufanym w sobie, marketingowym dupkiem. Czego i Tobie życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *