Jak mała rybka może utrzeć nosa rekinom biznesu?

Dzisiaj opowiem Ci historię jednej z moich kursantek Copywriting
Masterclass. Jakiś czas temu założyła sklep internetowy w dosyć
zatłoczonej branży. Na rynku było już kilku naprawdę mocnych graczy,
w tym jeden gigant. Konkurowanie z nimi nie miało żadnego sensu –
trzeba by mieć miliony i sztab ludzi, żeby wygrać wojnę na
asortyment, ceny, SEO, AdWordsy, społeczności. A ona była sama,
uzbrojona jedynie w pasję i niewielkie oszczędności.

Sklep był w zasadzie hobbistycznym projektem. Właścicielka
postanowiła, że będzie go rozwijać jakby to był mały lokalny
sklepik, a nie e-commerce. Czyli, że będzie znała swoich klientów,
pamiętała, co lubią, dawała im próbki produktów, prosiła o
rekomendacje. Taki osiedlowy sklepik, tylko w Internecie. A
osiedlowym sklepiku nie oczekujesz cen ani promocji takich jak w
supermarkecie, prawda? Koncepcja chyba się sprawdzała, bo od
początku sklep był na małym plusie. Zyski powoli rosły. Nie
spektakularnie, ale jak na zerowy budżet reklamowy całkiem
przyzwoicie.

A potem, trochę przez przypadek, właścicielka odkryła coś, w co nie
mogła uwierzyć. Jeden z najbardziej znanych i cenionych produktów na
świecie (w jej branży) właściwie nie miał w Polsce dystrybucji.
Tylko dwa sklepy miały czasem tańsze wersje tych produktów.
Jak to możliwe? – pomyślała. Przecież chodziło o jeden z najlepszych
na świecie sprzętów. Okazało się, że ten branżowy gigant, o którym
wspominałem Ci na początku, wprowadził do Polski inny podobny
produkt i wytworzył wokół niego taki hype, że wszyscy uznali, że nad
Wisłą nie ma już miejsca na nic innego z tej samej półki cenowej.
Ale moja kursantka postanowiła zaryzykować. Zamówiła na próbę kilka
tych produktów z zagranicznej hurtowni. Również tych najdroższych,
których dotąd w Polsce nie było. Wrzuciła na stronę i zszokowana
patrzyła, jak z jej „lokalnego”, niewypozycjonowanego sklepiku
znikają te drogie, wysokomarżowe produkty. Bez żadnej reklamy!

Miała wrażenie, że odkryła żyłę złota. I nie chodziło nawet o marżę.
Prawdziwym złotem okazała się pozycja w TOP 3 w wyszukiwarce. Z dnia
na dzień weszła na podium, bo produkt był wcześniej tylko w dwóch
polskich sklepach. Nie musiała więc robić nic poza przygotowaniem
poprawnego opisu na stronę – a do tego wystarczyła jej minimalna
wiedza o SEO. Klienci, którzy trafiają na jej stronę szukając
konkretnego produktu, przy okazji poznają resztę oferty.
I to jest właśnie dla mnie kreatywność. Kiedy na konkurencyjnym
rynku, opanowanym przez gigantów, nie załamujesz rąk, tylko
dostrzegasz małą szczelinę dla swojej jednoosobowej działalności. A
potem wiedzą, pasją i odwagą wygrywasz dla siebie tyle, ile
potrzebujesz.

Podobno miałem w tym swój udział, bo podczas kursu Copywiting
Masterclass zachęcałem do tego, żeby w takich sytuacjach ufać
swojemu biznesowemu nosowi. Moja kursantka twierdzi, że gdyby nie
zapamiętała tego zdania i przykładów, które wtedy podawałem, to
pewnie by nie zaryzykowała. Pomyślałaby, że to niemożliwe, że skoro
nikt tego nie sprzedaje, to widocznie nie ma na to miejsca w Polsce
itd. itp. A tak, odważyła się i sporo na tym wygrała.
Bo widzisz, biznes to fascynujący plac zabaw. I dla dużych i dla
małych.